Polecane

  •  Kolejny szlak dla wytrwałych. Szlak żółty swój początek bierze przy Ośrodku Sportu i Rekreacji mieszczącym się na ulicy Sportowej. Szlak ten prowadzić n...

    Czytaj więcej

  • Jak sama nazwa wskazuje, takie turnieje są rozgrywane przy udziale większej ilości graczy. Mogą być rozgrywane w formie sit and go, oraz jako regularne tur...

    Czytaj więcej

  • Wiadomą jest sprawą, że odpoczynek to najlepsza forma relaksu. Przynajmniej po ciężkiej pracy. Nie ma bowiem jak to położyć się wygodnie w łóżku, wyprostow...

    Czytaj więcej

Popularne



monety kolekcjonerskie

Religia i wiara Każdy ma jakąś swoją pasję. Jedni jeżdżą na ryby, inni oglądają filmy (również te brazylijskie), jeszcze inni bawią się w zbieractwo. To ostatnie hobby zawsze jest czymś szczególnym. Ludzie kolekcjonują dosłownie wszystko. Znaczki pocztowe, monety, guziki i aż głowa boli, kiedy się słucha opowieści prawdziwych pasjonatów. W tym wszystkim jak duch kroczy za nami czar wspomnień z czasów socjalizmu i tego, co wówczas zbierali Polacy. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia hitem były proporczyki klubów sportowych, butelki i... niezniszczalne... aluminiowe puszki po piwie. To była prawdziwa trauma Polaków. Czasami wchodziło się do czyjegoś domu i aż dech zapierało. W progu witała nas kolekcja dziesiątek puszek po coca coli, fancie i puszek po niemieckich piwach (przysyłanych w paczkach od znajomych pracujących za granicą). To była prawdziwa "szajba", kiedy puszki stały na lśniących okleinowych segmentach w pokoju a właściciele tego niepowtarzalnego zbioru byli z tego dumni. Teraz się z tego śmiejemy, ale kiedyś...

Kiedyś zbieranie znaczków było niezwykle modna. Klaser filatelistyczny można było odnaleźć niemal w każdym domu. Fakt - było to głównie znaczki z emblematami CCCP, ewentualnie krajów z zaprzyjaźnionego bloku socjalistycznego. O znaczki z cywilizowanej części Europy było dużo trudniej, Francuska, Brytyjska, a nie daj Boże Amerykańska filatelistyka była trudno dostępna. Ale to już było mniej ważne - liczył się fakt i zamiar. Teraz filatelistyka straciła na znaczeniu. Pasjonatów znaczków pocztowych jest coraz mniej. Prawdopodobnie przyczyna tego jest ogólny dostęp do emblematów pocztowych z całego świata. Teraz można mieć już znaczki z Wietnamu, Belize, RPA - wszystko jest jedynie kwestią kasy. Ludzie porzucili ta pasję na rzecz innych, nowych - jak gra w golfa. Ta bowiem w Polsce wciąż uważana jest za elitarną i nie każdy może sobie na nią pozwolić. A jaka jest radość z posiadania czegoś, co może mieć każdy? W filatelistyce pozostali tylko prawdziwi hobbyści, którzy za jeden znaczek oddaliby życie.

Jeszcze 30 lat temu nasi rodzice zbierali obrazki z "donaldówek". Te, pospolite wówczas gumy, było nie lada atrakcja nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych. Takie były czasy. Teraz wszystko jest inne, na rynku funkcjonują setki wydawnictw. Wiele z nich z kolei oferuje rozmaite kolekcje dla najmłodszych. Tutaj w grę wchodzi marketing. Przy okazji popularności "Piratów z Karaibów" na rynku pojawiła się masa gadżetów. Naklejki z książeczkami, do tego plastikowe dodatki imitujące kompasy i inne "złomy". Wszystko to za horrendalne ceny. Śledząc rozwój takich wydawnictw oczywiście nie można mieć za złe ich właścicielom, że chcą się wzbogacać, można jedynie mieć żal, że często ceny za te gadżety nie mieszczą się w kategoriach zdrowej logiki. Policzmy: koszt wydruku 10 stronicowej książeczki (w odpowiednio dużym nakładzie) wraz z naklejkami - 8 złotych. Dwie rączki pracownika w Chinach, który zrobi plastikowy kompas - 30 groszy. Cena sklepowa takiego zbioru - 80 złotych. Zrozumiałe, że nikt tego nie robi za darmo. Że dochodzą do tego koszta kolportażu i przywiezienia plastikowych wyrobów z Chin. Ale nijak nie tłumaczy to tych sławetnych 80 złotych, na jakie musimy się szarpnąć żeby zrobić przyjemność naszemu dziecku.